GRAZYNA ZAJAC 2

 

Cengiz Dağcı - pisarz bez ojczyzny… (2)
 
Uyuyordum. Belki de ölüydüm. (HCD, s. 114)
Spałem. A może byłem martwy.  
 
Pierwsze miesiące pobytu w obozie Uman były straszne. Jeńcy stopniowo popadali w otępienie – ze swoich prycz zwlekali się z wielkim trudem tylko w godzinie posiłku. Leżeli skuleni dzień i noc, bo brak jakichkolwiek zajęć i mróz przeszywający wycieńczone głodem ciała odbierał chęć do najmniejszej nawet aktywności. To było jak ostatnie stadium życia, przez które każdy musi przejść, zanim dostąpi łaski odejścia z tego lodowego piekła. Ci, którzy zachowali jeszcze odrobinę sił, codziennie rano wynosili z baraków i układali obok dołów kloacznych ciała tych, którzy mieli już tę mękę za sobą…
W połowie lutego, gdy sterta ciał wysoko wyrosła ponad zaspy śniegu, Cengiz osiągnął ten ostatni stan życia – zdał sobie sprawę, że już nie walczy o przetrwanie. Zapadła noc, o której wiedział, że to ostatnia noc w jego życiu i było mu to zupełnie obojętne. Nie pamiętam już, gdzie to czytałem (a może słyszałem od kogoś): jeśli przyjdzie ci ochota na przyjemną śmierć, to wyciągnij się goluteńki w balii pełnej cieplutkiej wody i przetnij brzytwą żyły w nadgarstkach, a dusza wycieknie z twojego ciała razem z krwią…
Cały barak pociemniał w moich oczach. Już więcej nie zobaczę dziennego światła. Noc, która zapadła nad barakiem, była wieczna. Tak jak wszyscy, którzy leżeli obok, składałem się tylko ze skóry i kości. I niczego już nie potrzebowałem – ani rozjarzonej światłami drogi, ani wieczerzy przy stole, ani porannego ezanu.
Spałem. A może byłem martwy.
Wtem coś twardego jak pięść uderzyło mnie pod żebro. Otworzyłem oczy i zobaczyłem nad sobą niemieckiego żołnierza. Jeszcze raz trącił mnie obcasem. Z wielkim trudem usiadłem na pryczy, a Niemiec pokazał mi ręką, że mam wstać. Podniosłem się z ogromnym wysiłkiem. Cóż, kiedy ja nie byłem w stanie stać na nogach; od dwóch tygodni nie wstawałem z pryczy. Obok Niemca, który mnie obudził, stał drugi, z karabinem w ręku. To on wziął mnie pod ramię. (HCD, s. 113-114)      
            Podoficer, który obudził Cengiza, Feldfebel Schultz, uratował go od niechybnej śmierci. Tego wieczoru wybrał się do obozu celem znalezienia dla siebie adiutanta i przechadzając się po barakach przyglądał się jeńcom. Nie wiem, czy ujrzał w mojej twarzy niewyraźne już ślady po mojej dawnej dumie, czy może coś spodobało mu się we mnie; w każdym razie wziął mnie na służbę. (HCD, s. 116)
Następne cztery tygodnie Cengiz spędził poza obozem, nabierając powoli sił. Dopuszczono go nawet do pracy w kancelarii, kiedy Schultz zorientował się, że jego adiutant jest wykształcony i rozumie po niemiecku. Potem przyszła straszna wiadomość: jednostka nadzorująca obóz otrzymała rozkaz wyjazdu na front wschodni. Cengiz był przerażony wizją powrotu do obozowego baraku, ale Feldfebel Schultz – nie pytając go o zdanie – zaplanował dla niego inną przyszłość, poza obozem…
Pod koniec marca Cengiza wsadzono na ciężarówkę wraz z kilkoma innymi jeńcami. Pierwszym przystankiem w tej podróży w nieznane była Winnica. Tam, w obozie jenieckim dosiadła się jeszcze grupa jeńców – było ich teraz trzydziestu, a wszyscy byli muzułmanami z republik związkowych Azji Środkowej: Uzbecy, Kirgizi, Kazachowie, Tadżycy, Turkmeni. Wyruszyli w długą podróż, która zakończyła się w Legionowie pod Warszawą. Jeszcze w drodze Cengiz zaczął się domyślać, jaką przyszłość przewidział dla niego Feldfebel Schultz; z rozmów między towarzyszami podróży wynikało bowiem, że Niemcy organizują Legion Turkiestański dla takich, jak oni, żołnierzy. Przypuszczenia te potwierdziły się po przybyciu na miejsce. Jeńców skierowano do łaźni; przed wejściem wszyscy pozbyli się swoich radzieckich mundurów, które podczas obozowej poniewierki zdążyły zamienić się w łachmany. Każdy wrzucał swoje ubranie do płonącego przed łaźnią wielkiego ogniska, a po kąpieli zakładał mundur niemiecki. Co prawda, nie były to nowe mundury: różne elementy wskazywały na to, że były to dawne mundury pruskie, austriackie, a nawet czeskie. Jednak każdy po wyjściu w łaźni wiedział – bez względu na to, jaki mundur mu się dostał – że w tym momencie staje po drugiej stronie barykady i że odtąd jest kimś zupełnie innym, niż był. Punkt zwrotny… Otwierała się przede mną nowa droga... Nie wiedziałem, co mnie czeka na końcu tej drogi, ani nie byłem w stanie o tym myśleć. Ale byłem z siebie zadowolony; przynajmniej nie byłem sam na tej drodze. Jeśli stracę siły i upadnę, będzie przy mnie ktoś, kto poda mi rękę i pomoże wstać. […] Ustawiono nas w szeregu. Młody Kazach nienagannym rosyjskim oznajmił nam, że już nie jesteśmy jeńcami, tylko żołnierzami Legionu Turkiestańskiego i że odtąd walczyć będziemy o wolność Turkiestanu. (HCD, s. 123)
Jeszcze tego samego dnia Cengiz Dağcı został wpisany na listę żołnierzy posiadających średnie lub wyższe wykształcenie, a tydzień później dowiedział się, w jakim celu ta lista została utworzona: dowódca legionu Hauptman Ernicke wezwał wszystkich do siebie (było ich około dwudziestu) i mówiąc na zmianę to łamaną turecczyzną, to kiepskim rosyjskim, oznajmił, że legiony potrzebują kadry dowódczej i że wszyscy zostają skierowani na przyśpieszony kurs. Sześciotygodniowy kurs prowadzony był przez byłego majora Armii Czerwonej oraz kilku niemieckich poruczników. Pierwszy tydzień przeznaczono na wdrożenie kursantom niemieckiej etykiety wojskowej. Cengiz odbierał to jako bolesne upokorzenie i przeżywał wielkie rozterki. Nie wiem, jak inni, ale ja – który dopiero dwa tygodnie temu opuściłem otoczone kolczastym drutem baraki śmierci i tortur – czułem, że znajduję się na samym dnie upodlenia. I zdawało mi się, że moja duma została wdeptana w błoto jeszcze wtedy, gdy dwa dni i dwie noce leżeliśmy w dołach przed wejściem do obozu Uman. Co więcej, moja dusza, o której sądziłem, że wyszła z obozu w dobrym stanie, teraz była tratowana i nawet „wolność Turkiestanu” z rzadka rozkwitająca kwieciem w mojej wyobraźni, odchodziła w cień i gasła. Najgorsze było to, że nie miałem nikogo, komu mógłbym wyjawić swoje myśli i uczucia. A przecież ci, którzy byli teraz tuż obok mnie i w dzień, i w nocy, tak samo jak ja przebrnęli przez pierścień morderców i niemożliwe było, żeby z całą świadomością nie przechowywali w sercach obrazów okrucieństwa i tortur, jakie musieli przeżyć. (HCD, s. 125)
W uspokojeniu dręczących serce rozterek pomagało Cengizowi przywoływanie z pamięci dwóch postaci. Pierwszą z nich był Ismail Gasprinski, który oddał się właśnie idei Turkiestanu, a drugą – Çora Batır, bohater eposu narodowego, który opuścił Krym, aby się bić o wolność chanatu kazańskiego. W bezsenne noce te dwie postaci uśmierzały ból serca, lecz rano wszystko wracało ze zdwojoną siłą: Ten obcy mundur, który zakładałem codziennie rano, ściskał moje ciało ze wszystkich stron, jakby był z ciasnych, żelaznych obręczy. Moja dusza w agonii toczyła ostatnią walkę. Dusiłem się. (HCD, s. 126)
W tym czasie z przebywających w koszarach żołnierzy uformowano legion. Składał się z pięciu jednostek, a każdą z nich tworzyły cztery trzydziestoosobowe oddziały. W tym miejscu swoich wspomnień Cengiz Dağcı krótko opisuje zadania legionu, choć trzeba przyznać, że ten okres jego życia jest bardzo zdawkowo przedstawiony w książce i niewiele niesie informacji na temat pobytu autora w legionie. Cengiz pisze, że każdy transport jeńców przeznaczonych do tej służby spędzał w Legionowie 2-3 miesiące. Przez pierwsze dwa tygodnie wyrwani ze szponów obozowej śmierci kandydaci do służby przechodzili coś w rodzaju rekonwalescencji – dobre wyżywienie, dużo snu i odpoczynku miało ich postawić na nogi. Potem zaczynało się szkolenie, oddzielnie dla szeregowych żołnierzy, oddzielnie dla kandydatów na stanowiska dowódcze. Po 2-3 miesiącach legion opuszczał koszary, by zrobić miejsce następnemu transportowi z obozów. Przeznaczeniem jednostek turkiestańskich była służba na wschodnich rubieżach terenów podbitych przez armię niemiecką – ochrona linii kolejowych, składów broni i amunicji. 
Cengiz Dağcı i jego najbliższi towarzysze z kursu – Kazach, Uzbek i Tadżyk – trafili do tej samej jednostki jako dowódcy oddziałów. Przez całe lato ćwiczyli podległych sobie żołnierzy przygotowując ich do wymarszu z koszar. Przyjaźń między młodymi dowódcami zacieśniła się, w wolnych chwilach zaczęli rozmawiać o swoich rozterkach. Wszystkich dręczyła wątpliwość, czy ta wojna jest ich wojną… Cengiz Dağcı przytacza jedną z takich rozmów:
- Uważają się za wyższą rasę; sądzą, że mają lepszą krew, niż nasza. A ja bym nie zamienił jednego Uzbeka z Fergany na tysiąc Herr Franzów!
- A ich gówna są rzekomo inne niż nasze! Na drzwiach latryny, którą postawili sobie w cieniu akacji, napisali: Nur für Deutsche.
- Oni przegrają tę wojnę.
- Dlaczego?
- Bo bardziej wierzą w siłę techniki, niż w boską moc.
- To znaczy, że dlatego Rosjanie wygrają tę wojnę?
- Tak.
- Ale przecież Rosjanie też są niewierzący… Wszyscy są bezbożni…
- Nie są bezbożni, mają swoją nową religię.
- Masz na myśli komunizm?
- Tak. (HCD, s. 129-130)
           
            Nie wiemy, dokąd udał się Cengiz ze swoją jednostką i jaki był charakter jego służby. O tym pierwszym okresie pobytu w legionie pisze tylko tyle, że trwał sześć miesięcy, po czym – trawiony straszną tęsknotą za rodzinnym Krymem – Cengiz napisał podanie do komendanta jednostki o urlop. Po trzech dniach otrzymał odpowiedź: udzielono mu dwutygodniowego urlopu i zezwolenia na odwiedzenie Krymu. Zawieziono mnie do Warszawy. Wracałem na Krym! Do mojej ojczyzny! […] Nie byłem w stanie myśleć. Czułem się tak, jakbym zrzucał z siebie ciężar dźwigany przez długie lata. Byłem lekki jak ptak. Gdybym mógł wzlecieć, to chciałbym jak najszybciej znaleźć się w swojej ojczyźnie.  (HCD, s. 131)

Anket

  Cengiz Dağcı'nın Polonya'da tanınan bir yazar olabilmesi için sizce en etkil çalışma hangisi olurdu ?

  • E-Bülten

  • Sözlük

  • Müzik Yayını

    505358 Ziyaretçi